Opowiem prostą historię. Tak widzi ją bohaterka tego tekstu, dająca piękne świadectwo o duchowym związku z osobą św. Michała Archanioła. Kiedy zaś słyszę hasło „prosta historia”, od lat przywołuję swój ulubiony film Davida Lyncha The Straight Story (1999). Dwaj bracia mają ze sobą na pieńku i jeden z nich 73-letni Alvin dowiaduje się o śmiertelnej chorobie drugiego. Ponieważ ze względu na słaby wzrok nie posiada prawa jazdy, wsiada na traktorek ogrodowy i pyrka nim szmat drogi przez dwa amerykańskie stany Iowa oraz Wisconsin. Kiedy dociera do celu, leciwi braciszkowie zasiadają na werandzie rancha i nie pada nawet jedno słowo. Wzrusza mnie ta opowieść o przebaczeniu, starości i więziach rodzinnych.
Właśnie na takiej więzi skonstruowana jest historia Moniki Kuleszy, pracownika naukowego KUL, zapewne wkrótce profesora tej zacnej Uczelni. Jej kariera zawodowa jest usłana bytami czystymi, bo doktorat napisała o aniołach w poezji Mickiewicza, a rozprawa habilitacyjna traktowała o medytacyjnej liryce Słowackiego. Nawet praca magisterska o aniołach była. Chcąc uczcić sukces zawodowy córki-habilitantki, tata Moniki – Henryk Kulesza, zapalony regionalista i miłośnik ziemi kurpiowskiej – zamówił u tamtejszego rzeźbiarza ludowego kapliczkę oraz figurę św. Michała Archanioła jako podziękowanie dla opatrzności bożej i niespodziankę dla córki.
Tu pojawi się w naszej opowieści fascynująca kraina, ekosystem niczym z bajki – Kurpie Zielone. To tam przecież powstało w warsztacie nieznanego artysty dzieło kapliczkowe. Odnaleźć tego twórcę dzisiaj już nie sposób, bo zamawiający nie żyje. Skupmy się więc na archanielskiej kapliczce, osadzając ją na tle kurpiowskiej melancholijnej panoramy.
Kurpie to rodzinne korzenie Moniki i zarazem bezprecedensowy fenomen w polskiej kulturze. Dlatego nie od rzeczy będzie w kilku koślawych słowach o Kurpiach tutaj wspomnieć.
Nazwa pochodzi od słowa kurpsi, a odnosi się do butów wyrabianych z łyka lipowego, noszonych niegdyś przez mieszkających tam ludzi. Ci pojawili się na tych terenach w XV wieku i nazwali siebie puszczakami, uważając się za obywateli wolnych, coś na kształt góralskiej ślebody. Słynęli z bartnictwa, myślistwa i obróbki bursztynu. W drewnie także znakomici byli. Odizolowani od innych ośrodków (naturalna bariera w postaci lasów i bagien), stworzyli oryginalny dialekt, stroje, pieśni, tańce, sławne wycinanki i pisanki, a za swoją stolicę obrali miejscowość Myszyniec. Tu powstała w roku 1651 pierwsza parafia na Kurpiach. No i styl architektoniczny także własny obmyślili, a to w naszej opowieści sprawa kluczowa: kurpiowskie chaty, zdobienia w drewnie i rzeźby, wspomniane wycinanki, kwiatuszki z krepiny – wieszane na ścianach lub w formie firanek na szyby okienne .
Wszystko to gdzieś głęboko pozostało w pamięci Moniki, bo kiedy umyślili z mężem zagospodarować się na kupionym hektarze pod Lublinem, mieli w wizji domostwo zdobione elementami architektury kurpiowskiej. I powstało ono szybko, nadspodziewanie szybko uwzględniając piętrzące się po drodze trudności, ale o nich tu wspominać nie trzeba. Przed domem stanęła przeniesiona kapliczka michalicka i Monika – skądinąd także historyk sztuki – opowiada o tym w takich oto słowach: „To, że ta kapliczka jest kurpiowska, widać po tzw. śparogach, charakterystycznym elemencie zdobniczym tradycyjnej architektury kurpiowskiej. Są to rzeźbione zakończenia wiatrownic (desek krawędziowych dachu), które krzyżują się na szczycie chałupy, a tutaj na szczycie kapliczki. Ja odważnie pomalowałam je na niebiesko, bo to kolor stolarki okiennej naszego dworku, ale żywe kolory niejednokrotnie widziałam w obramowaniach okien, rzeźbionych opaskach i okiennicach chat kurpiowskich. To stąd właśnie ta moja odwaga do kolorowych okien dworku. Początkowo chcieliśmy z mężem nawet budować i odtwarzać tutaj prawdziwy drewniany dom kurpiowski, bo są firmy, które zajmują się rekonstrukcją drewnianej architektury regionalnej. Okazało się jednak szybko, że – paradoksalnie – łatwiej dziś zbudować dworek niż odtworzyć wiernie drewnianą kurpiowską chatę z właściwą jej misterną i „koronkową” momentami stolarką. Tata wiedział, że od czasu swej pracy magisterskiej (Anioły Juliusza Słowackiego) i doktoratu (Aniołowie w poezji Adama Mickiewicza) mam szczególne nabożeństwo do aniołów, z których Michał jest największy. Dzięki ojcowskiej miłości i zrozumieniu moich ciągot do świata anielskiego, zostałam wyróżniona osobistą, unikalną kapliczką. Samą kapliczkę rzeźbiarz robił w ogrodzie u rodziców, bo pień drewna był zbyt ciężki na wielokrotny transport. A figurę Michała Archanioła wystrugał u siebie. Pytałam ostatnio mamę, czy zna może tego rzeźbiarza albo kojarzy choć nazwisko, ale te fakty mój tata zabrał ze sobą do grobu. Kapliczka od wiosny 2018 stała w ogrodzie u rodziców, bo jakże ją zabrać do Warszawy. Ale jak tylko powstał nasz mały dworek w Piotrowicach [pod Nałęczowem], tak od razu poprosiłam o transport mego brata, który przywiózł ją pod nasz dom. Kapliczka została poświęcona przez zaprzyjaźnionego księdza Tomasza Kościka i głęboko wierzę, że Michał Archanioł dzień i noc strzeże nasze siedlisko. Obecność tejże kapliczki przed domem nie jest dla nas zatem tylko dekoracyjnym ornamentem”.
Rodzina Moniki jest zachwycona zamieszkałym od niedawna domem oraz otaczającą przestrzenią, cokolwiek dziką, pierwotną. I niechaj tak już pozostanie. Podobno z zapałem studiują ogrodnictwo, a my zaś nie chcąc im przeszkadzać powróćmy jeszcze na chwilę do stylu kurpiowskiego w tradycyjnym budownictwie drewnianym, jakże przedziwnie wykształconym w warunkach izolacji bagienno-leśnej. Cieśle kurpiowscy jeszcze do niedawna uchodzili, obok górali z Podhala i Orawy, za najlepszych w Polsce. Cóż, nie mieli szczęścia do takich promotorów i mecenasów jak ci „spod samiuśkich Tater”. Drewniana robota kurpiowska to samowystarczalność materiałowa (głównie świerk i sosna), precyzyjna obróbka, prostota i dobre spasowanie elementów. Dachy dwuspadowe i o dużym nachyleniu (nie kaczuszki broń Boże) – najpierw tradycyjnie pokrywane strzechą, a później gontem i dachówką ceramiczną. O uroku całości decydowały najprzyjemniejsze dla oka specyficzne zdobienia. Szczyty wypełniano misternie układanymi deseczkami, tworząc wymyślne wzorki i obrębiane potem drewnianymi koronkami. Deski krawędziowe dachu przy kalenicy wydłużano kończąc w formie ozdób zwanych śparogami. To coś jakby pieczęć budowniczego, jego ciesielski podpis. Formy bywały tu wyszukane, przybierając kształty główek zwierzęcych, ale najczęściej wymodelowanych krzyży. To dlatego kurpiowskie domy sprawiały wrażenie kaplic, małych świątyń. Równie ozdobnymi elementami chaty kurpiowskiej były drzwi i okna: ornamenty i koronkowe obramienia, koniecznie ozdobne okiennice. Same otwory okienne bywały małe i przeważnie sześcioszybowe. Budowniczowie starali się przekazać tu treści religijne, czasem patriotyczne, a więc występowały takie zdobienia jak krzyże, chorągiewki, serca, rośliny, ptaki. Do domu często dostawiano ozdobny ganek. Drewno z czasem ciemniało, dlatego malowano całość lub wybrane elementy wapnem. Okiennice malowano na niebiesko lub zielono i zdobiono motywami kwiatowymi. Tak też uczyniła nasza Monika.
A na koniec o kapliczkach kurpiowskich. Ciągle jest ich tu dużo, no i krzyży przydrożnych także. Dzisiaj dominują już te nowoczesne i murowane, skądinąd trwalsze. A jednak można spotkać jeszcze stare, misternie ciosane w drewnie. Przybierają one zazwyczaj formę słupową i na wyniosłości są ustawiane cele, takie mieszkanka dla świątków: Jezus Frasobliwy, Matka Boża, Jan Nepomucen chroniący od powodzi, Florian przed pożarem, a w naszym przypadku św. Michał Archanioł. Aby świątki nie przeziębiły się na deszczach i śnieżycach, koniecznie należy im się ozdobny daszek, czasem fikuśnie przypominający barokowe hełmy wieżyczek drewnianych kościołków.
*
Historia rodziny Moniki i ich przydomowej kapliczki nie zamyka tematu, tak łatwo kochani nie będzie. Rozejrzyjcie się wokół, może w waszych miejscowościach i na osiedlach są podobne obiekty. Jeżeli tak jest, opiszcie ich historie, przyślijcie także fotografie. Postaramy się te materiały opublikować, a jeżeli znajdziemy ich w Polsce kilkadziesiąt, to pojawi się i sponsor gotów wydać kolorowy album. Niejako na zachętę dla potencjalnych tropicieli, wspomnę tu o dwóch znanych mi kapliczkach przydrożnych zamieszkałych przez Księcia Aniołów. Rzecz o kapliczkach michałowych
1. PIOTROWICE
Opowiem prostą historię. Tak widzi ją bohaterka tego tekstu, dająca piękne świadectwo o duchowym związku z osobą św. Michała Archanioła. Kiedy zaś słyszę hasło „prosta historia”, od lat przywołuję swój ulubiony film Davida Lyncha The Straight Story (1999). Dwaj bracia mają ze sobą na pieńku i jeden z nich 73-letni Alvin dowiaduje się o śmiertelnej chorobie drugiego. Ponieważ ze względu na słaby wzrok nie posiada prawa jazdy, wsiada na traktorek ogrodowy i pyrka nim szmat drogi przez dwa amerykańskie stany Iowa oraz Wisconsin. Kiedy dociera do celu, leciwi braciszkowie zasiadają na werandzie rancha i nie pada nawet jedno słowo. Wzrusza mnie ta opowieść o przebaczeniu, starości i więziach rodzinnych.
Właśnie na takiej więzi skonstruowana jest historia Moniki Kuleszy, pracownika naukowego KUL, zapewne wkrótce profesora tej zacnej Uczelni. Jej kariera zawodowa jest usłana bytami czystymi, bo doktorat napisała o aniołach w poezji Mickiewicza, a rozprawa habilitacyjna traktowała o medytacyjnej liryce Słowackiego. Nawet praca magisterska o aniołach była. Chcąc uczcić sukces zawodowy córki-habilitantki, tata Moniki – Henryk Kulesza, zapalony regionalista i miłośnik ziemi kurpiowskiej – zamówił u tamtejszego rzeźbiarza ludowego kapliczkę oraz figurę św. Michała Archanioła jako podziękowanie dla opatrzności bożej i niespodziankę dla córki.
Tu pojawi się w naszej opowieści fascynująca kraina, ekosystem niczym z bajki – Kurpie Zielone. To tam przecież powstało w warsztacie nieznanego artysty dzieło kapliczkowe. Odnaleźć tego twórcę dzisiaj już nie sposób, bo zamawiający nie żyje. Skupmy się więc na archanielskiej kapliczce, osadzając ją na tle kurpiowskiej melancholijnej panoramy.
Kurpie to rodzinne korzenie Moniki i zarazem bezprecedensowy fenomen w polskiej kulturze. Dlatego nie od rzeczy będzie w kilku koślawych słowach o Kurpiach tutaj wspomnieć.
Nazwa pochodzi od słowa kurpsi, a odnosi się do butów wyrabianych z łyka lipowego, noszonych niegdyś przez mieszkających tam ludzi. Ci pojawili się na tych terenach w XV wieku i nazwali siebie puszczakami, uważając się za obywateli wolnych, coś na kształt góralskiej ślebody. Słynęli z bartnictwa, myślistwa i obróbki bursztynu. W drewnie także znakomici byli. Odizolowani od innych ośrodków (naturalna bariera w postaci lasów i bagien), stworzyli oryginalny dialekt, stroje, pieśni, tańce, sławne wycinanki i pisanki, a za swoją stolicę obrali miejscowość Myszyniec. Tu powstała w roku 1651 pierwsza parafia na Kurpiach. No i styl architektoniczny także własny obmyślili, a to w naszej opowieści sprawa kluczowa: kurpiowskie chaty, zdobienia w drewnie i rzeźby, wspomniane wycinanki, kwiatuszki z krepiny – wieszane na ścianach lub w formie firanek na szyby okienne .
Wszystko to gdzieś głęboko pozostało w pamięci Moniki, bo kiedy umyślili z mężem zagospodarować się na kupionym hektarze pod Lublinem, mieli w wizji domostwo zdobione elementami architektury kurpiowskiej. I powstało ono szybko, nadspodziewanie szybko uwzględniając piętrzące się po drodze trudności, ale o nich tu wspominać nie trzeba. Przed domem stanęła przeniesiona kapliczka michalicka i Monika – skądinąd także historyk sztuki – opowiada o tym w takich oto słowach: „To, że ta kapliczka jest kurpiowska, widać po tzw. śparogach, charakterystycznym elemencie zdobniczym tradycyjnej architektury kurpiowskiej. Są to rzeźbione zakończenia wiatrownic (desek krawędziowych dachu), które krzyżują się na szczycie chałupy, a tutaj na szczycie kapliczki. Ja odważnie pomalowałam je na niebiesko, bo to kolor stolarki okiennej naszego dworku, ale żywe kolory niejednokrotnie widziałam w obramowaniach okien, rzeźbionych opaskach i okiennicach chat kurpiowskich. To stąd właśnie ta moja odwaga do kolorowych okien dworku. Początkowo chcieliśmy z mężem nawet budować i odtwarzać tutaj prawdziwy drewniany dom kurpiowski, bo są firmy, które zajmują się rekonstrukcją drewnianej architektury regionalnej. Okazało się jednak szybko, że – paradoksalnie – łatwiej dziś zbudować dworek niż odtworzyć wiernie drewnianą kurpiowską chatę z właściwą jej misterną i „koronkową” momentami stolarką. Tata wiedział, że od czasu swej pracy magisterskiej (Anioły Juliusza Słowackiego) i doktoratu (Aniołowie w poezji Adama Mickiewicza) mam szczególne nabożeństwo do aniołów, z których Michał jest największy. Dzięki ojcowskiej miłości i zrozumieniu moich ciągot do świata anielskiego, zostałam wyróżniona osobistą, unikalną kapliczką. Samą kapliczkę rzeźbiarz robił w ogrodzie u rodziców, bo pień drewna był zbyt ciężki na wielokrotny transport. A figurę Michała Archanioła wystrugał u siebie. Pytałam ostatnio mamę, czy zna może tego rzeźbiarza albo kojarzy choć nazwisko, ale te fakty mój tata zabrał ze sobą do grobu. Kapliczka od wiosny 2018 stała w ogrodzie u rodziców, bo jakże ją zabrać do Warszawy. Ale jak tylko powstał nasz mały dworek w Piotrowicach [pod Nałęczowem], tak od razu poprosiłam o transport mego brata, który przywiózł ją pod nasz dom. Kapliczka została poświęcona przez zaprzyjaźnionego księdza Tomasza Kościka i głęboko wierzę, że Michał Archanioł dzień i noc strzeże nasze siedlisko. Obecność tejże kapliczki przed domem nie jest dla nas zatem tylko dekoracyjnym ornamentem”.
Rodzina Moniki jest zachwycona zamieszkałym od niedawna domem oraz otaczającą przestrzenią, cokolwiek dziką, pierwotną. I niechaj tak już pozostanie. Podobno z zapałem studiują ogrodnictwo, a my zaś nie chcąc im przeszkadzać powróćmy jeszcze na chwilę do stylu kurpiowskiego w tradycyjnym budownictwie drewnianym, jakże przedziwnie wykształconym w warunkach izolacji bagienno-leśnej. Cieśle kurpiowscy jeszcze do niedawna uchodzili, obok górali z Podhala i Orawy, za najlepszych w Polsce. Cóż, nie mieli szczęścia do takich promotorów i mecenasów jak ci „spod samiuśkich Tater”. Drewniana robota kurpiowska to samowystarczalność materiałowa (głównie świerk i sosna), precyzyjna obróbka, prostota i dobre spasowanie elementów. Dachy dwuspadowe i o dużym nachyleniu (nie kaczuszki broń Boże) – najpierw tradycyjnie pokrywane strzechą, a później gontem i dachówką ceramiczną. O uroku całości decydowały najprzyjemniejsze dla oka specyficzne zdobienia. Szczyty wypełniano misternie układanymi deseczkami, tworząc wymyślne wzorki i obrębiane potem drewnianymi koronkami. Deski krawędziowe dachu przy kalenicy wydłużano kończąc w formie ozdób zwanych śparogami. To coś jakby pieczęć budowniczego, jego ciesielski podpis. Formy bywały tu wyszukane, przybierając kształty główek zwierzęcych, ale najczęściej wymodelowanych krzyży. To dlatego kurpiowskie domy sprawiały wrażenie kaplic, małych świątyń. Równie ozdobnymi elementami chaty kurpiowskiej były drzwi i okna: ornamenty i koronkowe obramienia, koniecznie ozdobne okiennice. Same otwory okienne bywały małe i przeważnie sześcioszybowe. Budowniczowie starali się przekazać tu treści religijne, czasem patriotyczne, a więc występowały takie zdobienia jak krzyże, chorągiewki, serca, rośliny, ptaki. Do domu często dostawiano ozdobny ganek. Drewno z czasem ciemniało, dlatego malowano całość lub wybrane elementy wapnem. Okiennice malowano na niebiesko lub zielono i zdobiono motywami kwiatowymi. Tak też uczyniła nasza Monika.
A na koniec o kapliczkach kurpiowskich. Ciągle jest ich tu dużo, no i krzyży przydrożnych także. Dzisiaj dominują już te nowoczesne i murowane, skądinąd trwalsze. A jednak można spotkać jeszcze stare, misternie ciosane w drewnie. Przybierają one zazwyczaj formę słupową i na wyniosłości są ustawiane cele, takie mieszkanka dla świątków: Jezus Frasobliwy, Matka Boża, Jan Nepomucen chroniący od powodzi, Florian przed pożarem, a w naszym przypadku św. Michał Archanioł. Aby świątki nie przeziębiły się na deszczach i śnieżycach, koniecznie należy im się ozdobny daszek, czasem fikuśnie przypominający barokowe hełmy wieżyczek drewnianych kościołków.
*
Historia rodziny Moniki i ich przydomowej kapliczki nie zamyka tematu, tak łatwo kochani nie będzie. Rozejrzyjcie się wokół, może w waszych miejscowościach i na osiedlach są podobne obiekty. Jeżeli tak jest, opiszcie ich historie, przyślijcie także fotografie. Postaramy się te materiały opublikować, a jeżeli znajdziemy ich w Polsce kilkadziesiąt, to pojawi się i sponsor gotów wydać kolorowy album. Niejako na zachętę dla potencjalnych tropicieli, wspomnę tu o dwóch znanych mi kapliczkach przydrożnych zamieszkałych przez Księcia Aniołów. No to już mamy – jak na to nie spojrzeć – trzy proste historie.
